poniedziałek, 24 września 2012

Przybij Piątkę, czyli Konkurs Kameralny

I dalej mi te aliteracje wychodzą... ;)

Dzisiejszy post ma numer 55, a liczba odwiedzin przekroczyła 5 tys i z tej niezwykłej ;) okazji postanowiłam urządzić maleńki, kameralny konkurs. Kameralny, bo i w Chacie kameralnie jest - miło i przyjemnie, nie ma tłoku. Jakbyście tak wszystkie nagle postanowiły wyjść z wirtualnej Chaty i przyjść do tej realnej, to wprawdzie część musiałaby siedzieć na podłodze, ale kubeczków na herbatę by mi dla każdej z Was starczyło :D
Dlatego w moim konkursie nie ma wymogu zamieszczania bannerka, dołączania do obserwatorów, komentowania posta, wystarczy tylko... "przybić piątkę". A jak? No właśnie. Mnie samej udało się kiedyś zupełnie przypadkiem "przybić dwójkę", o tu. Już wiecie, o co chodzi? Złapcie u mnie na liczniku piątki i przyślijcie na maila chatazodzysku@gmail.com printscreen'a z nimi. Główna nagroda spotka tego, kto złapie 4 piątki, ale, ponieważ zdaję sobie sprawę, że może to nie być takie łatwe, przygotuję coś także dla tych, którzy złapią 3 piątki w rządku :)
A co, jak nikomu się nie uda? - zapytacie... Po pierwsze - wierzę, że jednak komuś się uda. A po drugie - coś wymyślimy - będziemy się martwić dopiero wtedy, nie teraz :)
A co z nagrodami? Właściwie to nie będą nagrody, tylko prezenty. A że nie lubię robić prezentów bezimiennych, to na ten moment niech pozostaną niespodzianką - i dla Was i dla mnie. Kiedy poznamy zwycięzcę, przygotuję coś specjalnie dla Niego albo dla Niej. Coś indywidualnego i dedykowanego.

Co Wy na to? Wszystko jasne? Może być? Wchodzicie w to? :))


Uprzejmie Was pyta i pozdrawia

niedziela, 23 września 2012

Tymczasem na froncie...

Wieści z frontu robót pseudosutaszowych.



Trudno powiedzieć, czy jestem bliżej początku, czy końca. Nie wiem, jak mi pójdzie zszywanie poszczególnych kawałków tej układanki, no i czeka mnie jeszcze przerabianie całej koszulki, a to oznacza bezpośredni kontakt z maszyną do szycia, czyli... nie wiadomo, czy się uda ;)
W każdym razie mam już większą część rzeczonej aplikacji.


Takie tam - różne kawałki, które na razie jeszcze nie przypominają niczego. Przy czym - ja żadnej gwarancji nie daję, że one po skończeniu będą przypominały cokolwiek ;))


No i tak sobie dłubię te kawałki i dłubię, pasek po paseczku i się już nie mogę doczekać końca. Niecierpliwa jestem, efekty lubię szybko mieć i wyraźnie widoczne. Potrzebowałam jakiegoś dokończonego zajęcia... No to sobie w międzyczasie tak zwanym machnęłam gumkową zakładkę do książki w jesiennych kolorach.


Klej widać, bo nie zdążył wyschnąć jeszcze (mówiłam już, że jestem niecierpliwa? ) ;)

Jakieś dwa międzyczasy i jedno tymczasem później... Zrobiłam sobie przerwę na czytanie i oczywiście użyłam nowej zakładki... i co? I doszłam do wniosku, że wszystko pięknie, ale te jesienne kolory nijak mi do okładki aktualnej lektury nie pasują... (czy ja już mówiłam, że jestem również nienormalna?). Wyjścia nie było, tylko iść drugą zakładkę machnąć, do okładki kolorystycznie adekwatną.


Się w międzyczasie ściemniło, światło gorsze, to i zdjęcia marniuchne... Ale za to zakładkę mam fajną i pasującą :)


Miedzyczasy i tymczasy weekendowe zawierały w sobie jeszcze bardzo inspirujące sobotnie popołudnie u c. Jadzi z różowym winem z malinami, orzechami laskowymi, ciepłą szarlotką z lodami i fachowymi rozmowami o robótkach z Ciocią i o żeglarstwie z Wujaszkiem. Inny międzyczas spędziłam na miejskich poszukiwaniach wczesnej jesieni podczas dzisiejszego spaceru. Krótko mówiąc - bardzo miłe czasy z tych miedzy- i tym-czasów :)))

To ja tymczasem pozdrowię Czytaczy szanownych i się pożegnam, życząc pięknego wieczoru i dobrych snów :)

sobota, 22 września 2012

Tęczowy Tydzień - finał

Lato dobiegło końca... mój Tęczowy tydzień również. Zabrakło mi wprawdzie bieli, beżów i brązów, bo w klasycznej, siedmioramiennej tęczy tez ich nie ma. Ale może jeszcze przyjdzie na nie pora... Jak mi się późną jesienią lub zimą zachce znowu lato wspominać i posłuchać ech szumu morza, zanim doczekam następnej podróży...


PS. Jak Wam się podobało "fotografowanie monochromatyczne"? Mnie ta zabawa wkręciła i sprawiła ogromną frajdę no i wyostrzyła oko na szczegóły i obrazy :)




piątek, 21 września 2012

Tęczowy Tydzień - dzień siódmy

Ostatnie kolory w mojej tęczy. Fiolety i róże. Tutaj królują przede wszystkim bungewille - wszechobecne, wspinające się po drzewach, płotach, murach, zwisające nad balkonami i oknami. Zawsze burza ciemnoróżowych lub fioletowych kwiatów. Na drugim miejscu - owoce i warzywa - bakłażany o przeróżnych kształtach, kapucha i... uwielbiane przeze mnie świeże figi, mmmm... i jeszcze - równie uwielbiane - kalmary.
A na dokładkę - sandały moje własne ;)


Planując to "monochromatyczne" fotografowanie jeszcze przed wyjazdem, martwiłam się, że z fioletami będzie najtrudniej, że nie znajdę zbyt dużo, a tu - proszę - udało się :)
Nie udało mi się niestety sfotografować fioletowych werand w Valletcie, telefon jednak nie dał rady odległości i wysokości... Następnym razem... :D

Kto by pomyślał, ze lato może być też fioletowe?... :) Musiało być! Bo ja fioletowy u-wiel-biam :)

czwartek, 20 września 2012

Tęczowy Tydzień - dzień szósty

Granatowy...
Granatowych zdjęć nie ma wiele, bo w zasadzie to taki ciemniejszy niebieski. Zdjęcia właściwie wszystkie znacie już z wczoraj, wybrałam tylko te najciemniejsze, naj...głębsze. Bo granatowy to kolor głębi. To kolor, który każe mi przypomnieć sobie jedno z najniezwyklejszych odczuć, które towarzyszy mi na morzu - ogromny szacunek i respekt dla przewalających się dokoła mas wody, dla tej niewyobrażalnej ilości kropel tworzących niezwykłość morza... Były chwile, gdy dookoła nie było widać lądu - niebo łączyło się z morzem, więc błękit nas otaczał z każdej strony, a pod kilem mieliśmy jakieś pięć tysięcy metrów... Pamiętam takie momenty, kiedy nagle pojawiało się wrażenie, że nie ma nic więcej, że reszta świata znika i jest tylko woda. Choć na pokładzie byli inni ludzie, choć nade mną było niebo, choć słychać było łopot żagli, a pod stopą czuć było twardy pokład... na chwilę zatapiałam się w tej wszechogarniającej wodzie, zapadałam się w nią, a ona mnie obejmowała. To było... jak dotknięcie Absolutu. Chwila, która mieściła w sobie o wiele więcej czasu, niż trwała...


A ten kawałek pasuje tu idealnie...



środa, 19 września 2012

Tęczowy Tydzień - dzień piąty

Tak... to lato było przede wszystkim niebieskie, błękitne... Jak morze. Bo morze zaszumiało mi w głowie w maju i od tej pory nie chce przestać szumieć...


Błękit królował. Nie tylko morze, ale i niebo... Słońce czyniło i morze i niebo jeszcze bardziej niebieskimi, niemożliwie niebieskimi. Ładny miałam widok z okna w mojej kajucie dziobowej, nie sądzicie? :))
W tej niebieskości napotykaliśmy delfiny. Te dwa na zdjęciu to nasze pierwsze. Z daleka bardziej przypominają rekiny, prawda? To taka dziwna, miejscowa odmiana. Kolejne napotykane były już "zwyczajne", ale każde spotkanie z nimi - niezwykłe - bawiły się z nami, skakały, tańczyły przed dziobem, piękne... Błękitne były też mieczniki - jeden płynął z nami przez chwilę, skacząc i błyszcząc w słońcu, a potem spotkaliśmy je ujarzmione na targu rybnym...
Sycylijczycy i Maltańczycy malują drzwi i okna na każdy możliwy kolor, więc i niebieskich nie zabrakło :) A do tego tradycyjna ceramika sycylijska, ta niebieska skojarzyła mi się z naszą bolesławiecką. Były też niebieskie kwiaty. I kubek z czekoladą w fantastycznej kafejce w Syrakuzach. (Kiedyś pokażę Wam więcej zdjęć stamtąd, bo miała cudny - odzyskowy! - klimat).

Z każdym kolorem tęsknię coraz bardziej za tamtymi dniami. A niebieski budzi jeszcze głębsza tęsknotę za szumem i kołysaniem i za nocami pod gołym niebem... Ech...

PS. Monia! Dla Ciebie :**

wtorek, 18 września 2012

Tęczowy Tydzień - dzień czwarty

Zielony... Przy okazji zielonego, kilka słów o nadziei, nie związanych bezpośrednio z cyklem. Zaczynając pisanie tutaj, miałam nadzieję, że ktoś tu będzie zaglądał, że kogoś uda mi się zatrzymać.... Spełniacie moje nadzieje, za co Wam bardzo, ale to bardzo dziękuję :) I witam wszystkie nowe Obserwatorki, bo jeszcze oficjalnie tego nie robiłam. "Stare" Obserwatorki również ściskam serdecznie. Cieszę się, że jesteście :)*


A wracając do letnich reminiscencji...


Świeżą zieleń napotykaliśmy na każdym kroku (po zejściu na ląd, oczywiście). Dorodne zioła w doniczkach, zapach bazylii, cukinie i ogórki przeróżnych odmianach, ogromne arbuzy, a dodatkowo mnóstwo drzwi i okien na zielono malowanych - urzekły mnie szczególnie te, odkryte w Taorminie - nie dość, że zielone, to jeszcze z malowanymi kwiatami i w otoczeniu żywych roślin...
Widzieliście kiedyś kwitnące kapary? To ten "kudłaty" kwiat, zaskakujący i piękny, napotkany gdzieś na zboczu wulkanu Stromboli (ten fragment fotograficznej układanki stanowi zdjęcie Agi).
Zielone były też nocne światła statków, na które trzeba było uważać i główki portów, których wypatrywaliśmy w ciemności...

A Wy? Żółtego brakowało, to może Wasze lato było zielone?

Pozdrawiam przedjesiennie.