tak samo, jak niespodziewanie zniknęłam...
Ponad dwa miesiące minęły od czasu, gdy ostatnio głos wydałam. I już spieszę tłumaczyć, dlaczegóż to tak nieładnie się zachowałam.
Otóż wszystko to wina łokcia... to znaczy teraz wiem, że łokcia, wcześniej zwalałam na myszkę... i na siły nieczyste też.
Krótko mówiąc, tuż przed przeprowadzką nabawiłam się kontuzji dłoni. Kontuzja była na tyle skuteczna w swej uciążliwości, że poważnie ograniczała mi użycie prawej dłoni. W sam raz na pakowanie, przenoszenie i rozpakowywanie, prawda? Z pakowaniem jakoś sobie jedną kończyną poradziłam. Z przenoszeniem też próbowałam, ale zjawił się cały sztab Pomocników nieocenionych i zabronił noszenia. Ze wstydu się paliłam, kiedy kazano mi być panią kierownik i tylko pokazywać które paczki gdzie wykładać... Się jeszcze długo Pomocnikom nie wpłacę...
*** Tu następuje przerwa, bo znów mnie wzruszenie na myśl o tych fantastycznych Ludziach, którzy mnie otaczają, ogarnia...
Zatem, pomimo buntu kończyny, przeprowadzkę przeżyłam i sobie nową Chatę zaczęłam urządzać - w pierwszej kolejności głównie wirtualnie, bo jednak bez ręki to człowiek się czuje, jak... bez ręki. No i pisania przez tę rękę nie było właśnie bo:
a) łapę trza było oszczędzać na pracę (bo pracować trzeba było) prozaiczne czynności utrzymujące przy życiu człeka, zatem wszelkie nadprogramowe aktywności ręczne w rodzaju klepania w klawisze obłożone zostały embargiem (ta...mogłam lewą ręką, powiecie... pewnie, że mogłam, ale lewa nadmiernie eksploatowana z braku prawej... też odmawiała współpracy)
b) z racji powyższego brakowało też tak zwanego contentu, bo to ani starych zdjęć obrobić nie ma jak, ani nowych nie ma czemu robić...
No właśnie... najgorsze, że łapsko wredne wykluczało działalność wytwórczą wszelaką... A musicie wiedzieć, że próbowałam walczyć, przechytrzyć kończynę złośliwą, namówić do współpracy... Ból to jeszcze do zniesienia był, ale brak kontroli pełnej i precyzji... nie, tego już nie zniosłam i odpuściłam... Przymusowy urlop okazał się nieunikniony, a frustracja z nim związana... szkoda gadać....
Ale... marudzę,nie? To już przestaję, bo koniec końców okazało się, że źródło kontuzji w łokciu siedzi, sposób na ten łokieć się znalazł, to i dłoń zaczęła wracać do siebie.
Niniejszym ogłaszam koniec laby i powrót do sensownych działań. Czas nadrabiać zaległości!
Dzisiaj tylko drobiazg, nawiązujący nieco do tytułu posta... Niespodzianka. Znaczy jajko niespodzianka, a dokładniej plastikowy środek tegoż jajka. Jako Ciotka niepoprawna pojechałam do Bratanków mych zaopatrzona tradycyjnie w psujące zęby i obyczaje kinder-siupryzy. Czekolada oczywiście została pochłonięta migiem, z wnętrza plastikowych jajeczek wyłoniły się jakieś przedziwne figurki, a same jajeczka... porzucone gdzieś między innymi zabawkami. Ale co porzucone i niepotrzebne jakoś magnetycznie uwagę moją przyciąga. Pstryknięcie jedno w kociej łepetynie... i już Ciotka zagania Chłopców do poszukiwania kolorowego papieru i nożyczek. I tak z jajka-niespodzianki taka nam niespodzianka wielkanocna się narodziła :)

Kurczaki cudne :-) I oczywiście mam nadzieję że łokieć wyzdrowieje ;-)
OdpowiedzUsuńDzięki! Już naprawdę jest lepiej - nożyczki mnie nie gryzą, kredki z ręki nie wypadają - jeszcze chwila i wszystko wróci do normy :)
OdpowiedzUsuńA ja się zastanawiałam co tak zniknęłaś :) Mam nadzieję, że kontuzja nie wróci...a kurczaki bardzo pomysłowe :)
OdpowiedzUsuńTo podobno taka zołza, co lubi wracać, ale łatwo jej się nie dam... :) Pewnie sama wiesz, jak bezczynność i beztwórczość może dobijać...
UsuńWitam z powrotem Kocie :*
OdpowiedzUsuńKurczaki urocze!
:)*
Usuńnooo witamy witamy:) kuraki fajne i dobrze,że już ręka sprawna się zrobiła:)))
OdpowiedzUsuńooo, BenBenku :) Jak się ogarnę, to pobiegnę Cię odwiedzić, bo mam zaległości w sprawie Władcy i Jego poczynań ;))
Usuńcudne te kurczaki :D nawet nie wiedziałam, że teraz takie jajka są - łączone
OdpowiedzUsuńdobrze że już lepiej i jesteś :D
Ha! Lepszą rewelację jajkową ostatnio odkryłam - jajka z niespodzianką są "rozdzielnopłciowe" znaczy są takie dla chłopców i dla dziewczynek. Te dla dziewczynek mają różowe papierki, żeby można było rozpoznać. Czad, co? ;D
UsuńPozdrawiam mocno :)
żartujesz ? cholercia
Usuńchyba sobie zakupię w takim razie w sklepie i zobaczę co tam nawymyślali :D
No właśnie nie żartuję. Ale sama tak samo zapytałam. Myślałam, że może te różowe to jakaś wiosenna edycja specjalna jest albo co ;)
UsuńI nawet mi udało się coś napisać, nie anonimowo ;P
OdpowiedzUsuńMożna? Można! ;]p
UsuńDobrze, że jesteś. Choć wstyd się przyznać dawno mnie u Ciebie nie było :) Widzę, że masz w etykiecie nasze ulubione słowo: recykling :) i tak mi się przypomniało moje etykowanie: stwierdziłam że nie ma sensu wpisywać recykling, bo przy każdym poście bym musiała wpisać! :D
OdpowiedzUsuńHaha! Fakt, u mnie też w zasadzie w każdym powinno być "recykling" i jeszcze "DIY" :) Zawsze można zróżnicować na recykling, upcykling, precykling i co tam jeszcze ;))
UsuńSkoro dawno Cię nie było, tym milej, że jesteś. A że mnie dawno u mnie też nie było, to przynajmniej klamki wcześniej nie pocałowałaś ;]
Fajnie, że jesteś z powrotem:)
OdpowiedzUsuńPokaż nowe kąty!!:)
Buziaki!:))
Jeszcze niezupełnie jest co pokazywać. Nadal mieszkam na kartonach głównie ;) Ale pokażę, pokażę - już wkrótce :)
Usuń